(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Gdyby ktokolwiek nas zapytał jaki kraj na świecie jest
najbardziej tajemniczy, prawdopodobnie mielibyśmy
poważne trudnosci z dokonaniem wyboru. Wszakże
wiemy o piramidach z Egiptu, o tajemniczych
kamiennych monumentach z Południowej Ameryki,
o Wielkim Murze Chińskim i o wszelkich owych
tajemnicach jakie go otaczają, itd. Nigdy byśmy
zapewne nie przypuszczali, że miniaturowe wersje
tych tajemnic z wszelkich innych krajów, można
także znaleźć w Nowej Zelandii. I tak Nowa
Zelandia w części zwanej Coromandel posiada
dwie małe piramidy, w lasach Kaimanawa
posiada ruiny kamiennej świątyni w stylu Machu
Picchu (jak te z Peru), w tzw. Northland posiada
ona miniaturę Wielkiego Muru Chińskiego,
posiada ona także własne
miejsce eksplozji
jakie jest nawet bardziej spektakularne niż
słynna eksplozja Tunguska z 1908 roku z
Centralnej Syberii, a na dodatek do tego
wszystkiego posiada ona jeszcze wiele lokalnych
tajemnic jakie wcale nie występują w innych
krajach świata, oraz jakie w Nowej Zelandii mogą
być tanio badane przez wszystkich zainteresowanych.
Czyli owa popularna opinia o Nowej Zelandii,
że jest to kraj w jakim niemal wszystko jest
czyimś monopolem niedostępnym dla normalnej
kieszeni, oraz gdzie jedynie daje się zobaczyć 1000
owiec przypadających na każdego mieszkańca,
jest dosyć mylące. Problem leży jednak w
tym, że w sprawie tajemnic swego kraju
Nowozelandczycy są wyjątkowo nieśmiali
i skromni. Nie lubują się oni w przechwałkach
na temat posiadanych tajemnic. Szczególnie
jeśli tajemnice te nie są uznawane ani
wytłumaczalne przez dzisiejszą oficjalną naukę.
Raczej wolą zabrać swojego rozmówcę
na dobry kufel piwa, lub obejrzeć z nim
podniecający mecz rugby, niż wymądrzać
się w wyjaśnianiu miejscowych tajemnic.
W ten sposób, na przekór że kraj ten
dosłownie przelewa się tajemnicami,
ktoś musi mieć wiele szczęścia aby
cokolwiek znaleźć na ich temat w
miejscowych broszurkach turystycznych
czy w miejscowych oficjalnych publikacjach.
Część A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Czym jest niniejsza strona internetowa:
Niniejsza strona internetowa właściwie jest wstępnym raportem
który podsumowuje wyniki moich prywatnych badań
nad tajemnicami Nowej Zelandii. Jest ona nastawiona
na ujawnienie w jakich obszarach badania te zostały
dokonane, oraz jakie wyniki one wniosły. Ponadto
wskazuje ona gdzie dokładnie w moich monografiach
naukowych badania nad daną tajemnicą zostały opisane
bardziej szczegółowo i dostarcza darmowych
egzemplarzy tych monografii dla załadowania sobie
do własnego komputera. Strona ta wskazuje też dokładne
dane innych źródeł informacji związanych z daną
tajemnicą, takich jak artykuły w gazetach, nazwy miejsc,
itp. Poprzez dostarczenie tego wszystkiego, identyfikuje
ona te rodzaje tajemniczych widoków i zjawisk, które są
warte oglądnięcia w Nowej Zelandii. Wszakże nie daje
się niczego znaleźć na ich temat w oficjalnych przewodnikach
turystycznych. Podczas czytania o opisywanych tutaj
tajemnicach, warto sprawdzić ich położenie na mapach
Nowej Zelandii. Mapy te można znaleźć na stronie internetowej
www.linz.govt.nz.
Ponieważ jestem naukowcem który strannie bada każdą
z tajemnic opisywanych poniżej, razem z prezentacją
każdej z nich podałem również moje własne wyjaśnienie
dla mechanizmu jaki za tajemnicą tą się ukrywa.
Zapraszam każdego do zweryfikowania zasadności
tych moich wyjaśnień.
#A2.
Istnieje też alternatywny obraz Nowej Zelandii:
Jeśli ktoś zwiedza Nową Zelandię za pośrednictwem
jakiejś oficjalnej wycieczki poprzez biuro podróży,
wówczas ogląda tam standardowe widoki. Znaczy
przewodnicy pokazują ten kraj pełen tajemnic i
niewyjaśnionych zjawisk mniej więcej w następujący
sposób: oto gejzery Rotoruy - aby móc oglądać
podobne poza Nową Zelandią trzeba się wybrać
aż do Islandii albo do USA, oto świecące się glizdy -
wyglądają one niemal jak zakotwiczone w jednym
miejscu robaczki świętojańskie z Europy lub
świetliki "klip-klip" z Malezji, oto lodowce
wybrzeża zachodniego - aby zobaczyć podobne
trzeba się wybrać do Norwegii lub na Alskę, tutaj
turyści mogą nabyć nowozelandzkich owoców -
są one tu niemal równie tanie jak w sklepach,
tutaj wolno poglaskac owieczki - oczywiście
dopiero po wykupieniu tej atrakcji, itd., itp.
(Po przykład potraktowania przez biura podróży
patrz artykuł "Chinese get souvenirs, not the
Kiwi sights" (tj. w tłumaczeniu znaczeniowym
"Chińczykom oferowane są pamiątki, a nie
faktyczne widoki Nowej Zelandii") ze strony A5 gazety
The New Zealand Herald,
wydanie z piątku (Friday), January 25, 2008.
Z kolei życiowa rada dla turystów odwiedzających
Nową Zelandię zawarta jest w artykule "Travel in
groups, Asians told" (tj. "Zawsze poruszaj się w
grupie, Azjaci instruowani") ze strony A1
nowozelandzkiej gazety
The Press,
wydanie z czwartku (Thursday, July 3, 2008.)
Tymczasem w Nowej Zelandii można zobaczyć
też rzeczy których nie daje się zobaczyć w żadnym
innym kraju - tak jak niniejsza strona to wyjaśnia.
Większość też z nich jest do wglądu za darmo.
Trzeba jedynie wiedzieć gdzie
ich poszukiwać, oraz oczywiście trzeba
nieco zboczyć z ustalonych szlaków turystycznych.
#A3.
Cele do osiągnięcia poprzez niniejszą stronę:
Niniejsza strona ma na celu pokazanie alternatywnej
Nowej Zelandii. Znaczy pokazanie Nowej Zelandii
pełnej tajemnic, niewyjaśnionych zjawisk, naukowych
zagadek których niemal nikt nie bada, szokującej
historii której istnieniu oficjalnie się zaprzecza, itp.
Czyli zobaczenie tej unikalnej Nowej Zelandii, jaka
wcale nie jest powtórzeniem któregokolwiek z innych
miejsc na Ziemi.
* * *
Tak więc
proponuję rzucić okiem na te ciekawostki i tajemnice
Nowej Zelandii, które zdążyłem już przebadać i
przetransformować w poniższą ich prezentację.
Oto one.
Oto zestawienie tytułów i krókich streszczeń
poszczególnych punktów z tej części niniejszej
strony. W lipcu 2008 roku punkty te zostały
bowiem przeniesione z tej strony na stronę
newzealand_visit_pl.htm - o atrakcjach Nowej Zelandii wywodzących się od ludzi.
Proszę odnotować, że tytuły i numeracja
owych punktów została poniżej zachowana
w tej samej konfiguracji w jakiej oryginalnie
tutaj występowała. Do punktów tych dołączono
też ilustracje które poprzednio były im
przyporządkowane - chociaż wydatnie skrócono
podpisy towarzyszące owym ilustracjom. Po pełne
opisy owych punktów, oraz po pełne podpisy
pod tymi ilustracjami, należy zaglądnąć do strony
newzealand_visit_pl.htm - o atrakcjach Nowej Zelandii wywodzących się od ludzi.
#B1.
Wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi - znaczy starożytny instrument jaki alarmuje
o zbliżającym się trzęsieniu ziemi zanim ono nas uderzy.
Jeśli czytelnik interesuje się aparatem
zbudowanym przez starożytnych Chińczyków
w 132 roku AD (czyli niemal 2000 lat temu),
który to aparat pozwalał na zdalne wykrywanie
gotujących się trzęsień ziemi na odległości
nawet przekraczające 500 km, powinien
zaglądnąć do punktu #G4 tamtej pokrewnej strony
newzealand_visit_pl.htm - o atrakcjach Nowej Zelandii wywodzących się od ludzi.
Aparat ten opisany jest też w moim referacie
na konferencję naukową ICST-2005. Referat
ów może być znaleziony pod adresem
http://www-ist.massey.ac.nz/conferences/icst05/proceedings/ICST2005-Papers/ICST_112.pdf.
Replika addająca przybliżony wygląd tego
aparatu jest wystawiona w nowozelandzkim
muzeum
Te Papa.
Rys. #B1: Powyższe zdjęcie pokazuje przybliżony wygląd
owego zdalnego wykrywacza nadchodzących trzęsień ziemi
wystawionego do oglądania w nowozelandzkim muzeum
Te Papa.
Aparat ten odbiera "chi" (tj. sygnały telepatyczne) wysyłane
przez każde trzęsienie ziemi które dopiero się gotuje. Po
ich wykryciu podnosi on alarm
zanim trzęsienie to
uderzy. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
#B2.
Techniczne cuda świata:
Niezależnie od opisanego w powyższym
punkcie #B1 aparatu do zdalnego wykrywania
trzęsień Ziemi, w starozytności na naszej
planecie zbudowanych zostało cały szereg
innych urządzeń technicznych, których
zaawansowanie technologiczne przekracza
nawet dzisiejszy poziom wiedzy i techniki
naszej cywilizacji. Niestety, z powodów
opisanych w punkcie #G1 strony
boiler_pl.htm - o historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy,
technologia budowy tych cudownych urządzeń
technicznych została stracona dla naszej cywilizacji.
Urządzenia te muszą więc zostać wynalezione
przez ludzi od samego początku. Ponownie
wynalazki te będą więc musiały się przebijać
przez blokady "przekleństwa wynalazców".
Pełny wykaz oraz opisy owych "technicznych
cudów świata" zawarte są w punkcie #G3 odrębnej strony
newzealand_visit_pl.htm - o atrakcjach Nowej Zelandii wywodzących się od ludzi.
#B3.
Tajemnicze
przekleństwo wynalazców
które prześladuje wszystkich twórczych ludzi, oraz jego ofiary w Nowej Zelandii:
W Nowej Zelandii szczególnie silnie wyniszcza
twórczych ludzi szokujące zjawisko które
ja bezosobowo nazywam "przekleństwem
wynalazców". Faktycznie jednak za działanie
tego zjawiska odpowiedzialne są konkretne
moce którym pozwala się wyniszczać twórczych
ludzi zupełnie bezkarnie. Wykaz nowozelandzkich
wynalazców których zjawisko to zniszczyło,
uniemożliwiając im wdrożenie swoich wynalazków,
zawarty jest w punkcie #G1 strony
newzealand_visit_pl.htm - o atrakcjach Nowej Zelandii wywodzących się od ludzi.
Rys. #B2. Dr Jan Pajak i maszyna Wimshurst'a -
czyli jeden z moich własnych wytłumionych wynalazków. Fotografia ta pokazuje
mnie (dra inż. Jana Pająka) trzymającego w rękach nową maszynę elektrostatyczną
Wimshurst'a, którą zakupiłem z zamiarem użycia jej jako inicjującego podzespołu
do budowy efektywnego urządzenia darmowej energii nazywanego "telekinetyczna
influenzmaschine" - po szczegóły patrz strona
telekinetyka.htm - a urządzeniach telekinetyki.
Oryginalnie jest to rysunek 11 z monografii [6/2].
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Rys. #B3. Pomnik Richard'a Pearce oraz Dr Jan Pajak - czyli
wynalazek i wynalazca zniszczeni przez własnych rodaków.
Powyższa fotografia pokazuje pomnik wystawiony Richard'owi Pearse
oraz jego samolotowi. Pomnik ten wzniesiony został niedaleko małego
miasteczka "Pleasant Point" z Wyspy Południowej Nowej Zelandii.
Oznacza on miejsce w którym samolot Pearse'a z sukcesem został
wypróbowany w locie. Więcej informacji na temat losów Richard'a
Pearce i jego samolotu zaprezentowanych zostało na stronie
mozajski.htm - o wynalazcy pierwszego w świecie samolotu.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Rys. #B4. Pierwszy samolot na świecie zbudowany został i oblatany w carskiej Rosji latem
1882 roku (tj. na 21 lat przed Braćmi Wright). Pokazany on jest na powyższej ilustracji
zreprodukowanej ze starej rosyjskiej encyklopedii. Na nieszczęście, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało, że świat nigdy nie dowiedział się o tym samolocie, podczas
gdy jego plany i prototyp gromadziły kurz w przepastnych archiwach carskiej Rosji.
Więcej danych o samolocie Możajskiego można znaleźć na stronie
mozajski.htm - o Aleksandrze Możajskim który jako pierwszy w świecie zbudował samolot.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Rys. #B5. Od około 2004 roku, w najważniejszym muzeum
Nowej Zelandii zwanym "Te Papa", na 3-cim piętrze wystawiony
był ten super-motocykl skonstruowany przez nowozelandzkiego
geniusza technicznego o nazwisku John Britten. (Motocykl ten
ciągle był tam wystawiany w styczniu 2008 roku, kiedy to dokonywałem
kolejnej aktualizacji niniejszej strony.) Niestety, ów niezwykle dobrze
zapowiadający się wynalazca i konstruktor, niespodziewanie
zmarł na raka w 1995 roku, w środku najbardziej twórczego
okresu swego życia, w wieku około 45 lat. (Kliknij na to zdjęcie
aby oglądnąć je w powiększeniu.)
#B3.1.
Wynalazca którego warto poznać - czyli "rekordzista świata" którego paląco potrzebny wynalazek jest już blokowany przez ponad 60 lat (tj. przez ponad 2/3 długości jego życia):
Rys. #B6: Mr Peter Daysh Davey
demonstruje rewolucyjną
"grzałkę soniczną". Grzałka ta
powstrzymywana była przez
"przekleństwo wynalazców"
przed wdrożeniem jej do produkcji
fabrycznej przez rekordowy okres
ponad 60 lat. Szokująca historia
rewolucyjnego wynalazku owej grzałki
Pana Davey, opisana została też
na odrębnej stronie internetowej
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby
oglądnąć je w powiększeniu.)
Część C:
Niezwykłości Nowej Zelandii wynikające z nietypowej historii i kolei losów tego lądu:
#C1.
Brak rodzimych zwierząt lądowych:
Niemal każde państwo na świecie posiada
najróżniejsze miejscowe zwierzęta lądowe,
takie jak ssaki, węże, itp. Jednak nie Nowa
Zelandia. Miejscowe stworzenia Nowej Zelandii
głównie obejmują ptaki oraz kilka innych
gatunkow jakie mogły dostać się do Nowej
Zelandii za pośrednictwem podmuchów
wiatru, lub będąc uczepione do powierzchni
najróżniejszych obiektów jakie tam przypłynęły
niesione prądami oceanów. Oryginalnie
Nowa Zelandia nie miała więc ani węży,
ani ssaków, ani nawet ryb całkowicie
słodkowodnych. Oczywiście, to ma wiele
dobrych stron, bowiem w Nowej Zelandii
jak narazie nikt nie musi się bać np. węży.
Stąd scena taka jak ta pokazana na zdjęciu
z "Rys. #C1" narazie nie może się tam
zdarzyć. (Aczkolwiek najróżniejsi niszczycielscy
przemytnicy usilnie się starają aby przemycić
kilka jadowitych węży do Nowej Zelandii.)
Nowa Zelandia ukrywa jednak również i
naukową tajemnicę oraz rodzaj "paradoksu
fauny" wynikających z owego braku rodzimych
zwierząt lądowych. Mianowicie, dlaczego
Nowa Zelandia nie posiada owych miejscowych
zwierząt lądowych, na przekór że jest pełna
ich skamienielin?
Rys. #C1: Ogromny wąż dusiciel pyton uchwycony na zdjęciu
wkrótce po tym jak zadusił on człowieka - "tapper'a" i przystępował
do jego połknięcia. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
(Nazwa "tapper" przyporządkowana jest w Malezji
do osób które spuszczają żywicę z drzew kauczukowych - pochodzi
ona od angielskiego słowa "tap" czyli "spuszczać".) Powyższa fotografia
ilustrowała artykuł "Python kills tapper" (tj. "Pyton zadusił tapper'a")
jaki ukazał się na stronie 7 w Malezyjskiej gazecie
The Sun,
wydanie datowane 6 września (September) 1996 roku. W czasie
kiedy owo zaduszenie człowieka przez ogromnego węża miało
miejsce w Malezji, ja właśnie przebywałem w tamtym kraju. Przez
więc spory czas owo zdjęcie odbierało mi smak na wybieranie się
na wycieczki do tropikalnej dżungli, co przed tym nieszczęśliwym
zdarzeniem było jednym z bardziej moich ulubionych zajęć ruchowych.
Wcale nie odstraszało mnie wówczas, że tropikalna dżungla w Malezji
jest pełna niebezpiecznych zwierząt. Oprócz węży dusicieli, takich jak
ten pokazany powyżej, żyją tam wszakże dzikie tygrysy i dzikie słonie,
ogromne mordercze krokodyle, silne i agresywne małpy (orangutany),
szerszenie i skorpiony których jedno ukąszenie zabija, a także całe
zatrzęsienie najróżniejszych jadowitych węży, ze wszystkimi odmianami
słynnej kobry na czele. Praktycznie też w tropikalnej dżungli wszystko
gryzie, drapie, rozcina, albo rani - niebezpiecznie jest tam więc dotykać
czegokolwiek. Odnotuj że powyższe zdjęcie pokazuję także na stronie
predators_pl.htm.
#C2.
Niedawne całkowite zatopienie Nowej Zelandii:
Wyjaśnienie dla owego "paradoksu fauny"
oraz tajemnicy naukowej Nowej Zelandii,
czyli dla braku w niej rodzimych zwierząt
lądowych na przekór istnienia tam skamienielin
tych zwierząt, dostarczyły moje "hobbystyczne"
badania. Mianowicie, zgodnie z moimi
badaniami, paradoks ten wynika z faktu że Nowa
Zelandia najpierw okolo 23 000 lat temu
została całkowicie zatopiona w oceanie,
potem zaś około 13 500 lat temu wyłoniła
się ponownie z dna oceanu. Wszystkie
więc miejscowe zwierzęta lądowe zostały
w niej potopione. Tak właśnie twierdzą
też legendy miejscowych Maorysów.
Na to wskazuje znaczna ilość materiału
dowodowego obecnego w Nowej Zelandii
(np. wyjątkowo "ubita gleba", cieniutka
warstewka czarnej gleby, zaokraglone
kanty każdej dużej skały, itp.)
To także jest sugerowane przez alternatywną
historię Nowej Zelandii, jaką ja opracowałem
w wyniku swoich badań i jaką opisałem
w podrozdziale V3 monografii
[1/4].
Jednak, oczywiście, wcale nie pokrywa
się ona z tym co ortodoksyjni naukowcy
Nowej Zelandii uparcie twierdzą - jako
przykład ich upartych zaprzeczeń, patrz
artykuł zatytułowany "NZ was never
underwater say scientists" (tj. "NZ nigdy
nie była pod wodą twierdzą naukowcy)
opublikowany na stronie A5 nowozelandzkiej
gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), dnia 15 stycznia (January 15), 2008 roku.
(W owym artykule jakiś naukowiec argumentuje,
że niemożliwość zanurzenia NZ pod ocean
jest potwierdzana przez obecność jaszczura
"tuatara" w Nowej Zelandii, a także przez molekularne
datowanie pyłku z "kauri" które
wykazuje że nowozelandzkie i australijskie
kauri wyodrębniły się od siebie już jakieś
40 do 90 milionów lat temu. Jednak owi
naukowcy nie uwaględniają w swoich
badaniach owych "fluktuacji czasu" opisywanych
w punktach #F1 i #F2 strony internetowej o eksplozji Tapanui,
które to fluktuacje mogły przenieść na trwałe
do naszych czasów niektóre gatunki fauny i
flory z czasów poprzedzających zatopienie NZ
w oceanie.) Z tego powodu prawdopodobnie
czytelnik powinien poznać ową alternatywną historię
Nowej Zelandii i porównać ją z materiałem
dowodowym obecnym w Nowej Zelandii,
takim jak przykładowo: (1) bardzo cienka
warstewka czarnej gleby, (2) pozaokrąglane
krawędzie miejscowych gór, wysoce (3)
sprężona i ubita gleba, itd., itp. Prawdopodobnie
pewnego dnia stanie się możliwym udowodnienie,
że ortodoksyjna historia Nowej Zelandii jest
jedynie życzeniem ortodoksyjnych naukowców,
podczas gdy naprawdę prawdziwa jest owa
alternatywna historia. To przywróciłoby
znaczenie legendom Maorysów, którzy
starają się nam przekazać ową alternatywną
historię przez całe lata, tyle że miejscowi
naukowcy nie bardzo są gotowi udzielić jej
należnej uwagi.
#C3.
Pomarszczony czarny potwór-ludojad morski, który był jednak uprzejmy zrezygnować w ostatniej chwili ze zjedzenia mojej osoby:
Owego dnia z końcowej części lata 2002 roku
wybrałem się na spacer nad brzegiem
morza w opuszczonym i zaniedbanym byłym
przymorskim obszarze piknikowym kilkaset
metrów na południe od piaszczystej plaży przy
miejscowości Waikouaiti (patrz "Rys. #F5). W
owym czasie stały tam tylko ruiny jakby dużej
przebieralni czy ubikacji, oraz spory plac-łączka
ze śladami dawnych ognisk. Swój samochód
zaparkowałem na łączce owego obszaru
piknikowego tuż przy brzegu morza, oraz
zacząłem swój spacer wzdłuż brzegu, tuż
przy krawędzi wody. Byłem tam zupełnie sam.
Brzeg morza w tym miejscu był twardy
(pozbawiony piasku) i zbiegał w dół pod
kątem około 30 stopni, tak że woda dosyć
szybko stawała się głęboka.
Nie uszedłem daleko, kiedy po prawej stronie,
tylko jakieś trzy metry od mojej osoby, zobaczyłem
w morzu wyprzedzającego mnie czarnego,
pomarszczonego potwora. Podpłynął on do
mnie bezszelestnie i od tyłu, z całą pewnością
zamierzając mnie upolować. Gdyby wytrwał
przy swoim zamiarze zjedzenia mnie, wówczas
bym odnotował jego istnienie dopiero kiedy
bym już znalazł się w jego paszczy. Na
szczęście, z jakichś tam powodów w ostatniej
chwili najwyraźniej zmienił swoje zamiary.
Gdy ja go zobaczyłem, jego przednia cześć już
mnie wyprzedzała, zaś sam potwór wykonywał
właśnie łagodny manewr jakby odbijania się od
brzegu po którym ja spacerowałem. Jednak przez
sporą chwilę płynął niemal równolegle do brzegu,
wirując i w około połowie średnicy wystając ponad powierzchnię
wody - tak że miałem wystarczająco dużo czasu
i dobrą jego widzialność aby go sobie dokładnie oglądnąć.
Miał on kształt jakby czarnego torpeda czy walca
o tej samej średnicy około 1.5 metra na całej swej
długości. Jego długość oceniam na jakieś 20 metrów.
Jego powierzchnia (skóra) była czarna jak smoła
i NIE miała na sobie nawet najmniejszej części białej
czy koloru innego niż czarny. Skóra ta była też
bardzo dziwna, bowiem na całym obwodzie
i całej długości tego potwora była jakby silnie
pofałdowana czy pomarszczona. Mi ona
przypominała jakby gigantyczny pusty worek
z czarnej mokrej tkaniny, pościskany razem
i skręcony tak aby uformował walec. Owe fałdy
czy zmarszczki przebiegały podłużnie i wnikały
głęboko w cielsko tego potwora. Były też one
luźne i jakby bezwładne - tak jakby wogóle nie
miały w sobie mięśni. Wyglądało to niemal tak
jakby potwór wcale NIE miał solidnego ciała i
mięśni, a cały składał się z dużej liczby luźnych
i bezwładnych płatów poskładanych razem.
Fałdy te nadawały mu odpychający,
wręcz ohydny wygląd. Ponadto potwór ten
sprawiał też wrażenie że wogóle nie ma szkieletu.
W trakcie płynięcia wirował on bowiem wokół
swej centralnej osi w raczej niezwykły sposób.
Najbliższe co mi owo wirowanie przypominało,
to jakby ktoś złapał w wodzie za przednią część
jakiejś długiej, czarnej szmaty i zaczął tą część obracać -
podczas gdy reszta bezwładnej szmaty jest pociągana
przez ową przednią część i też zmuszana do wirowania.
Innymi słowy, ów potwór wcale NIE wirował wokół swej
osi tak jak wirowałaby duża ryba czy wieloryb, kiedy to
całe ich ciało obraca się równocześnie z taką samą
prędnością, a wirował jak korkociąg, czy jak owa
bezwładna szmata obracana za swą przednią część.
Potwór też jakby NIE miał oczu, a przynajmniej ja nie widziałem
żadnych oczu - na przekór że miałem dobrą jego
widoczność przez conajmniej dwa pełne jego obroty
wirowe wokół własnej osi. Nie miał też ani płetw
ani płaskiego ogona które by odstawały of jego
walcowatego cielska - nie wiem więc na jakiej
zasadzie płynął, choć widziałem że płynął
raczej szybko.
Od czasu kiedy widziałem owego potwora,
przymierzam jego obraz do wszystkiego co
już nam wiadomo że pływa to w morzach
Nowej Zelandii. Jednak do niczego on NIE
pasuje. Np. wiadomo, że drapieżne
orki
(po angielsku zwane "orcas" lub "killer whales")
używają podobnej do mojego potwora metody
polowania polegającej na cichym podkradaniu
się od tyłu do fok na brzegu morza, skąd
pożerają te foki jednym kłapnięciem swoich
potężnych paszcz. Jednak "orki" mają białe
łaty na brzuchu, ich skóra jest gładka, a ponadto
NIE są aż tak duże i nie mogą wirować w
sposób jaki ja widziałem.
W morzach okolic Nowej Zelandii żyją też
ogromne drapieżne mątwy (squids) zwane
"arkatutos" lub "colossal squid". Jeden z nich
pokazany jest poniżej na zdjęciu z "Rys. #I4".
Jednak mątwy te nie mają czarnego koloru,
a ich skóra ma zabarwienie w całej gamie
odcieni żółtego, czerwonego i brązowego.
Ich skóra jest też gładka - a nie pofałdowana
czy pomarszczona jak ta którą ja widziałem.
Nie są one też aż tak ogromne jak mój potwór.
Przykładowo, największy "colossal squid"
jakiego dotychczas złapano był długi na
8 metrów i ważył 495 kilo (tj. niemal pół tony).
Jego opis zawarty jest w artykule [C3] o tytule
"Here's looking at you, squid", ze strony A2 gazety
"The New Zealand Herald,
wydanie z czwartku (Thursday), May 1, 2008.
Z badań też jego dzioba ustalono, że maksymalnie
mógł on wyrosnąc do długości 14 metrów
i do wagi 750 kg. W końcu taki "colossal squid"
ma ogromne białe oczy - faktycznie to największe
oczy świata. Przykładowo średnica gałek ocznych
w owym "colossal squid" opisanym w artykule
[C3] powyżej wynosiła 27 cm. Obecności takich
więc ogromnych białych oczu nie mógłbym
przegapić w potworze którego ja widziałem.
Wygląda więc na to, że w morzach Nowej
Zelandii żyje co najmniej jeszcze jeden
gigantyczny potwór-ludojad, którego nauka
ziemska nadal nie zna, a który zapewne
przycznia się sekretnie do owej znaczącej
liczby ludzi corocznie znikających w Nowej
Zelandii bez śladu ani wieści. (Po więcej
informacji o owych zniknięciach - patrz
punkt #K1 tej strony.)
Ja wcale nie jestem jedynym naukowcem który
ma podstawy aby twierdzić że w morzach Nowej
Zelandii nadal żyje co najmnie jeden ogromny
potwór ciągle niepoznany przez ziemską naukę.
W artykule "Hidden giants lurk in ocean deeps:
scientists" (tj. "Ukryte giganty czają się w głębinach
oceanów: naukowcy"), ze strony A14 gazety
"The New Zealand Herald",
wydanie datowane w poniedziałek (Monday), June
9, 2008, opisana jest naukowa metoda przewidywania
odkryć niepoznanych jeszcze zwierząt. Bazuje
ona na "krzywej trendu" w odkryciach danych
zwierząt. Jak się okazuje, zgodnie z ową metodą,
w głębinach oceanu ciągle ukrywa się jeszcze
cały szereg gigantycznych potworów nieodkrytych
przez dzisiejszą naukę.
Co mnie w owym przypadku najbardziej zastanawia,
to że cechy owego potwora zupełnie nie
pasują do jakiegokolwiek gigantycznego
stworzenia której jest już obecnie znane
ziemskiej nauce. Za to raczej dobrze pokrywają
się one z cechami gigantycznej czarnej
ośmiornicy głębinowej opisywanej przez
pradawny foklor żeglarski i przez stare legendy.
Ośmiornica taka miała być aż tak duża, że
potrafiła swymi mackami oplątać całe dawne
okręty - co by pasowało do wymiarów potwora
którego ja widziałem. Na dodatek wszystkie
ośmiornice są bardzo inteligentne (a stąd trudne
do złapania), zaś właśnie wysoką inteligencję
wykazywało zachowanie mojego potwora.
W końcu, jeśli dobrze się zastanowić, to
skoro telekinetyczne skażenie Nowej Zelandii
(to od
eksplozji UFO koło Tapanui)
faktycznie spowodowało wymutowanie się
gigantycznej mątwy (squid'a), nie ma powodów
dla jakich to samo telekinetyczne skażenie
nie mogłoby wymutować także i gigantycznej
ośmiornicy.
Część D:
Efekty działania nadprzyrodzonego w Nowej Zelandii:
#D1.
Kamień który swoją nadprzyrodzoną wędrówką dowodzi błędności dzisiejszej fizyki:
Motto:
"Prawdziwe życie swoje, a naukowcy swoje."
Jeśli wierzyć samozadufanym twierdzeniom
niektórych dzisiejszych fizyków, we wszechświecie
jakoby nie ma "nadprzyrodzonego". Według
nich wszystko co nas dotyka, to wyłącznie
działanie już poznanych praw fizyki. Jeśli jednak
rozglądnąć się uważnie dookoła, wówczas
szokuje jak wiele nadprzyrodzonego bez
przerwy ludziom się ujawnia, tyle że fizycy
z uporem przedszkolaków udają że problem
rzeczowego badania nadprzyrodzoności
wcale nie istnieje. W punkcie #F1 odrębnej
strony internetowej
biblia.htm - o Biblii autoryzowanej przez samego Boga
wyszczególniłem długą listę doskonale znanych
fizykom zjawisk, które bezpośrednio dowodzą
istnienia nadprzyrodzoności. Znaczy dowodzą
one np. istnienia Boga, innego świata, nieśmiertelnej
duszy ludzkiej, itp. Na niektórych z owych zjawisk
oparte nawet zostały już istniejące formalne dowody
naukowe na istnienie Boga, duszy, innego świata,
na stworzenie pierwszej pary ludzi przez Boga, itp.
(Dla zapoznania się z owymi naukowymi dowodami
na faktyczne istnienie nadprzyrodzoności proponuję
zajrzeć np. do stron internetowych
god_pl.htm - o naukowym i świeckim wyjaśnieniu istoty Boga,
dipolar_gravity_pl.htm - o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki,
nirvana_pl.htm - o ignorowanym przez dzisiejszą naukę zjawisku nirwany, oraz
evolution_pl.htm - o ewolucji w świetle "teorii wszystkiego" zwanej Konceptem Dipolarnej Grawitacji.)
Do wszystkich tamtych dowodów na istnienie nadprzyrodzoności,
w niniejszym opisie dodam jeszcze jeden materiał dowodowy.
Mianowicie wskażę tu przykłady kamieni odkrywanych
na Ziemi, które to kamienie wykazują nadprzyrodzoną
zdolność do odbywania inteligentnych wędrówek.
Ponieważ zgodnie ze stwierdzeniami dzisiejszej fizyki,
kamienie same nie mają prawa inteligentnie zmieniać
swojego położenia, rosnąca ilość materiału dowodowego
na temat tych nadprzyrodzonych kamieni posiada
jednoznaczną wymowę. Mianowicie istnienie takich
inteligentnie przemieszczających się kamieni jest
jeszcze jednym dowodem na błędność stwierdzeń
i fundamentów naukowych dzisiejszej fizyki. Dowód
ten dodaje się do całej gamy innych podobnych
dowodów na kompletną błędność dotychczasowej
fizyki ziemskiej, które już od dawna wskazywane
nam są przez tzw.
teorię wszystkiego zwaną
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Pierwszy kamień o którym się dowiedziałem że
posiada on nadprzyrodzoną zdolność do odbywania
inteligentnej wędrówki badałem osobiście już
około 1990 roku. Był to spory kamień istniejący
koło miejscowości Atiamuri na Wyspie
Północnej Nowej Zelandii. Pokazuje go zdjęcie
z "Rys. #D1" poniżej. Jest on otoczony
licznymi legendami. Jest także przedmiotem
kultu dla miejscowych Maorysów. Maorysi ci
modlą się do owego kamienia, oraz składają
mu liczne ofiary. W ten sposób Maorysi przekazują
temu kamieniowi unikalną formę inteligentnej
energii przez Chińczyków zwanej "chi", zaś przez
Koncept Dipolarnej Grawitacji
nazywanej "energią moralną" albo "zwow".
Dzięki zapasowi owej inteligentnej energii
zgromadzonemu w sobie, kamień z Atiamuri
jest w stanie odwzajemniać modły Maorysów
poprzez dokonywanie licznych uzdrowień
oraz poprzez przynoszenie szczęścia tym
co o nie proszą. Ja swego czasu badałem
fizykalnie kamień z Atiamuri, oraz stwierdziłem
że wykazuje on dosyć niezwykłe cechy.
Dla przykładu zdaje on się wydzielać jakiś
rodzaj promieniowania. Kiedy bowiem
umieściłem na nim film do fotografii
Roentgenowskich, ów film pokazał potem
dziwne naświetlone wzory. Kamień ten jest także
namagnesowany (jego namagnesowanie
daje się wykryć za pomocą zwykłego kompasu).
Najbardziej jednak nadprzyrodzoną cechą kamienia
z Atiamuri jest, że zgodnie z miejscowym
folklorem kamień ten ma odbywać "wędrówki".
Miejscowi ludzie twierdzą, że w przeszłości
był on odsuwany od krawędzi szosy, ponieważ
w swojej normalnej lokacji wprowadza on dosyć
poważne niebezpieczeństwo dla przejeżdżających
samochodów. Co jakiś bowiem czas rozbija się
na nim samochód zaś pasażerowie czasami nawet tracą życie.
Jednak po przesunięciu, kamień ten sam powracał
na swoje poprzednie miejsce. Podobno z
powodu jego wędrówek, w oficjalnej dokumentacji
tamtej szosy widnieje on w zupełnie innym
miejscu niż faktycznie znajduje się on w rzeczywistości.
Powodem ma być brak odważnego managera
który by się podpisał pod oficjalnie naniesionymi
poprawkami w dokumentacji tamtej drogi stwierdzającymi
że kamień ten sam powrócił na swoje ulubione
miejsce. Ludzie twierdzą także, że kamień ten
okresowo zmienia kształt owej dziury w swoim
boku (w dziurę tą składane są ofiary Maorysów).
Owa dziura podobno jednym razem jest całkowicie
okrągła, innym zaś razem wydłużona jak muszla
małży.
Wyjaśnienia dla mechanizmu pozwalającego
kamieniom na wędrowanie dostarcza "teoria
wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Zgodnie z nią, we wszechświecie istnieje inteligentny
rodzaj energii, przez Chińczyków nazywanej "chi",
zaś przez ów Koncept Dipolarnej Grawitacji zwanej
"zwow" albo "energia moralna". Owa inteligentna
energia ma to do siebie, że wypełnia one inteligentne
nakazy myślowe. To właśnie ową energię
osoby uprawiające "kung fu" są w stanie skierować
np. na pręt stalowy który uderzają swoją głową i
nakazać jej aby ta rozbiła ów pręt w drobny proszek.
To także owa inteligentna energia powoduje że tzw.
feng shui
faktycznie działa w praktyce. (O działaniu "feng
shui" można sobie poczytać m.in. w punkcie #19 strony
wroclaw.htm - o mieście Wrocław,
oraz w punkcie #B1 strony
wszewilki_jutra.htm - o marzeniach lepszej przyszłości dla wsi Wszewilki.)
Ponieważ zgodnie z owym Konceptem
Dipolarnej Grawitacji wszelkie obiekty kultu
otrzymują od modlących się do nich ludzi porcje
owej inteligentnej energii, takie obiekty są też
w stanie nakazać posiadanej przez siebie energii
wykonanie jakichś specyficznych działań fizycznych.
To właśnie dlatego wszelkie obiekty czyjegoś
kultu, takie jak ów kamień z Atiamuri, czy też
jak owe słynne drzewa i kamienie które w
Malezji nazywane są Datuk,
są zdolne do nadprzyrodzonego powodowania
inteligentnych manifestacji fizykalnych.
Przykład takiego nadprzyrodzonego drzewa
"datuk" zilustrowany został i opisany na stronie
internetowej
ufo_pl.htm - o pochodzeniu UFOnautów(kliknij na niniejszy zielony napis aby je zobaczyć).
Owe malazyjskie drzewa i kamienie "Datuk"
uzdrawiają i pomagają lokalnym ludziom,
dokonują cudów, drzew "datuk" nie daje się
wyciąć, itp. Posiadanie podobnych nadprzyrodzonych
mocy wykazują też słupy totemowe z Borneo,
o których to słupach piszę w podrozdziałach
I6.7 oraz I5.1 z tomu 5 monografii
[1/5].
Owe słupy totemowe z Borneo nie dadzą się
fotografować, same karzą tych co nie są im
posłuszni, a ponadto potrafią uzdrawiać i
wypełniać życzenia tych co do nich się modlą.
W przeszłości miałem także okazję osobistego
doświadczenia nadprzyrodzonych mocy krzyżackiej
figury Matki Boskiej która kiedyś istniała w Polsce w
zamku z Malborka,
a która dała się poznać z antypolskiego działania.
Tamten posąg krzyżackiej Matki Boskiej
z Malborka jest znany m.in. z historycznie
dobrze udokumentowanego faktu, że polskie
działo którym chciano go zniszczyć zwyczajnie
eksplodowało - co udokumentowane
zostało na stronie o
zamku w Malborku.
Ponadto posąg ten posiadał przywiązaną do
siebie antypolską przepowiednię która wypełniła
się kiedy posąg ten został nadprzyrodzenie
zniszczony jakąś tajemniczą eksplozją. (Na
przekór owej antypolskiej przepowiedni oraz
antypolskiego działania owego posągu, ciągle
istnieją nierozważni Polacy którzy chcą odbudować
ten krzyżacki posąg o nadprzyrodzonych mocach -
po szczegóły patrz strona o
zamku w Malborku
oraz strona fundacji
Mater Dei
jaka to fundacja właśnie chce go odbudować.)
Na temat takich właśnie obiektów kultu obdarzonych
nadprzyrodzonością, owa "teoria wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji
nie tylko dostarcza wyjaśnienie dla ich działania,
ale również udziela nam zdecydowanego ostrzeżenia.
Mianowicie, sama natura owych obiektów, ich
niedoskonałość intelektualna, a także mechanizm
za pośrednictwem którego dokonują one swoich
nadprzyrodzonych działań, są dalekie od doskonałości.
Dlatego takie obiekty, podobnie jak narowiste konie,
mają swoje "zagrania", nie używają racjonalnie swoich
mocy, potrafią kogoś lubić lub nieznosić, są stronnicze,
mogą się mścić, często działają w sposób mechaniczny,
oraz są dalekie od poczucia sprawiedliwości. Na przekór
więc że niektórym ludziom potrafią one oddać jakąś
przysługę, generalnie to trzeba na nie bardzo uważać,
bo są one w stanie wyrządzić również wiele zła. Stąd
modlenie się do nich, oraz wynikające z tego modlenia
się przekazywanie im swojej energii moralnej, jest
jakby dawaniem boskiej mocy kapryśnemu dziecku.
To właśnie dlatego istnieją religie które ostrzegają
np. przed modleniem się do "złotego cielca", lub
przed modleniem się do obrazów. Przykładem
takiego obiektu kultu który swoją stronniczością,
kapryśnością, oraz brakiem poczucia sprawiedliwości
wyrządził Polakom wiele zła, jest korzyżacki posąg
Madonny z
zamku w Malborku
opisywany poprzednio.
O kolejnym dużym kamieniu który w nadprzyrodzony
sposób sam sobie wychodzi na spacer dowiedziałem
się z artykułu "Land where spirits still rule" (tj. "Ziemia
gdzie duchy ciągle rządzą") ze strony D1 gazety
"The New Zealand Herald",
wydanie datowane we wtorek (Tuesday), January
29, 2008. Artykuł ten opisuje nadprzyrodzone wędrówki
brązowego kamienia o wielkości typowego samochodu,
a nazywanego lokalnie "A spirit stone", którego każdy
może sobie oglądnąć jak leży tuż przy nowej "freeway"
wiodącej z Port-Moresby w Papua New Guinea aż do
brzegu morza. Oto dosłowne cytowanie z owego artykułu
w moim znaczeniowym tłumaczeniu: "Kiedy wyrąbywali
drogę przez niniejsze miejsce, odkryli że ów kamień był
zbyt twardy aby go rozłupać dlatego załadowali go na
ciężarówkę, zwieźli w dół do zatoki, oraz wrzucili go do
morza. Jednak następnego ranka był on spowrotem na
swoim miejscu. Tak stało się aż trzy razy. Wrzucali ten
kamień do zatoki jednak nocą on powracał, w końcu więc
pozostawili go tutaj."
(W oryginale angielskojęzycznym: "When they cut the
road through here, they found this stone was too hard
to break up so they put it on a truck, took it down to the
harbour, and dropped it in the sea. But the next morning
it was back here again. That happened three times.
They dropped the stone in the harbour but overnight
it returned, so finally they left it here.")
Nowa Zelandia i Papua New Guinea nie
są jedynymi krajami na Ziemi w których
kamienie w nadprzyrodzony sposób same
zmieniają swoje pozycje. Innym takim miejscem,
dosyć nawet sławnym, jest wysuszone dno
jeziora zwane "Racetrack Playa", a położone
w tzw. "Death Valley National Park", California,
USA. Po płaskim jak stół wysuszonym błocie
tego dna jeziora przemieszczają się kamienie zwane
Sliding Rocks of Racetrack Playa.
W 2007 roku dosyć dobrze ilustrowany artykuł
na ich temat dostępny był w Internecie pod adresem
http://geology.com/articles/racetrack-playa-sliding-rocks.shtml.
Ciekawe że ortodoksyjna nauka ziemska
wprawdzie mnoży najróżniejsze hipotezy
i teorie które starają się wyjaśnić jak owe
kamienie się przemieszczają bez udziału
nadprzyrodzonego. Jednak nauka
ta nie jest w stanie potwierdzić empirycznie
poprawności żadnej z owych teorii i hipotez.
Chociaż więc wielu dzisiejszych naukowców
jest tak zawziętymi ateistami i niedowiarkami,
że raczej by dało się "ukamieniować" niż
by otwarcie przyznało że kamieniami tymi
poruszają jakieś nadprzyrodzone moce,
faktycznie istnienie owych mocy jest
jedynym racjonalnym wyjaśnieniem dla
tego co naprawdę się tam dzieje.
Tematyka niniejszej krótkiej strony nie pozwala
mi na dokładniejsze wyjaśnianie mechanizmów
które pozwalają aby "nadprzyrodzone" mogło
czasami fizykalnie manifestować swoją obecność.
Jednak mechanizmy takie wyjaśniam dokładniej
na całym szeregu innych stron internetowych
totalizmu.
Tym więc czytelnikom którzy zechcą się
dowiedzieć: (1) dlaczego dzisiejsza fizyka
zawiera podstawowy błąd już w sformułowaniu
swoich fundamentów który to błąd czyni ją ślepą
na fizykalne manifestacje nadprzyrodzoności
(tj. błąd ten polega na przyjęciu przez naukę błędnego
założenia że pole grawitacyjne jest tzw. "polem
monopolarnym"), (2) jak błąd ten daje się naprawić
(tj. proste naprawienie owego błędu polega na
uznaniu że pole grawitacyjne jest tzw. "polem
dipolarnym" - czyli na uznaniu stwierdzeń Konceptu
Dipolarnej Grawitacji), oraz (3) jakie nadprzyrodzone
zjawiska daje się łatwo wyjaśnić po naprawieniu
tego błędu (tj. że Koncept Dipolarnej Grawitacji
dostarcza wyjaśnienia dla praktycznie wszystkiego
czego oficjalna nauka ziemska dotychczas nie
potrafiła wyjaśnić), proponuję zaglądnąć do
następujących totaliztycznych stron internetowych:
dipolar_gravity_pl.htm - o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki,
malbork.htm - o nadprzyrodzonych zjawiskach z zamku w Malborku,
timevehicle_pl.htm - o naturze czasu i o podróżach w czasie, oraz
telepathy_pl.htm - o wykorzystaniu zjawisk odrębnego świata w którym mieszka Bóg do zrealizowania nieskończenie szybkiej komunikacji telepatycznej.
* * *
Rys. #D1: Kamień który najwyraźniej posiada nadprzyrodzoną
zdolność do dokonywania inteligentnej wędrówki.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Oto ja, dr inż. Jan Pająk,
zaś przez okres 2007 roku -
Prof. dr inż. Jan Pająk,
przy "chodzącym" kamieniu z Atiamuri.
(Kliknij na to zjęcie aby je ogądąć w powiększeniu.)
Kamień ten leży tuż przy krawędzi dosyć
ruchliwej szosy. Wprowadza on znaczne
ryzyko dla ruchu po tej szosie, jako że od
czasu do czasu rozbijają się na nim
samochody i giną ludzie. Nie można go
jednak usunąć, bowiem jest on "świętym
kamieniem" i przedmiotem kultu lokalnych
Maorysów. Dokonuje on dla nich wielu cudów,
podobnie jak czynią to święte drzewa i kamienie
zwane
Datuk
z Malezji (opisywane i pokazane w punkcie
#21 strony "ufo_pl.htm"), słupy totemowe z
Borneo, czy zwykł kiedyś dokonywać posążek
Maryi
z Malborka. Dlatego co jakiś czas ponawiane
są próby przeniesienia tego kamienia w
miejsce nieco odleglejsze od szosy.
Zgodnie jednak z lokalnym folklorem,
po każdym takim przeniesieniu, kamień
ten ma zwyczaj wybierania się na
przechadzkę, wracając z powrotem
na swe stare miejsce. Kiedy badałem
ów kamień około 1990 roku, emitował
on jakieś dziwne promieniowanie
rejestrowalne na filmie fotograficznym.
Wykazywał też spore namagnesowanie
jakie było na tyle silne, że dawało się
wykryć zwyczajnym kompasem.
#D2.
Fluktuacje czasu które w Nowej Zelandii powodują zmiany konfiguracyjne odnotowywalne tylko dla przyjezdnych z dalekich stron:
W Nowej Zelandii na porządku dziennym
są niezwykłe "fluktuacje czasu" opisywane
dokładniej w punktach #C6 do #C6.1 strony
internetowej
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Powodem owych częstych w Nowej Zelandii
naturalnych fluktuacji czasu jest
eksplozja wehikułu czasu koło miasteczka Tapanui,
która miała tam miejsce w 1178 roku. Eksplozja
ta opisana jest dokładniej w punkcie #H1 do #H4
tej strony, a także na odrębnej poświęconej jej
stronie
tapanui_pl.htm - o eksplozji wehikułu czasu koło Tapanui.
Fluktuacje czasu są to rodzaje lokalnych zafalowań
tzw. "przestrzeni czasowej". (Owa "przestrzeń
czasowa" jest to rodzaj tworu softwarowego
opisywanego dokładniej na stronach
dipolar_gravity_pl.htm - o Koncepcie Dipolarnej Grawitacji, oraz
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
"Przestrzeń czasowa" obejmuje w sobie modele
softwarowe wszystkich obiektów (i ich losów) jakie
istnieją w całym wszechświecie we wszystkich
czasach przez które wszechświat ten przechodzi.
"Przestrzeni czasowej" nie powinno się mylić z
ideą "czasoprzestrzeni" używanej przez dzisiejszą fizykę.)
Efektem tych zafalowań przestrzeni czasowej jest,
że dla ludzi czy obiektów które zostały nimi objęte,
czas cofa się do tyłu, zaś ich cała historia powtarza
się od nowa już w nowym przebiegu ich czasu.
W nowym zaś nowym przebiegu ich czasu, ich
historia może już stać się nieco odmienna niż była ona
w poprzednim przebiegu czasu. Przykładowo, jeśli
takim zafalowaniem czasu objęty jest budynek, w
nowym przebiegu czasu architekt który zaplanował
ten budynek może już zaprojektować go zupełnie
inaczej, albo nawet może wystawić go w zupełnie innym
miejscu. Z kolei ludzie w nowym przebiegu czasu
mogą poślubić już kogoś innego, pracować w innym
miejscu, itp. Oczywiście ludzie objęci owymi fluktuacjami
czasu nie mają pojęcia że ich doświadczyli, bowiem
cała ich historia z poprzedniego przebiegu czasu jest
z ich pamięci automatycznie wymazywana - tak jak to
wyjaśnia punkt #B1.1 ze strony
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Jednak inni ludzie którzy ich odwiedzą przybywając z
obszaru poza taką lokalną fluktuacją czasu, będą
pamiętali jak było poprzednio i będą zaskoczeni
zmianami które ujrzą. Niestety, przy dzisiejszym
stanie naszej wiedzy, my wierzymy jedynie w omylność
naszej pamięci, natomiast uważamy że to co się stało
w przeszłości nie może już zostać zmienione.
Dlatego typowo, każdy kto w życiu odnotuje jakieś
zmiany spowodowane taką fluktuacją czasu, uważa
że to jego własna pamięć płata mu figle i natychmiast
zapomina o całej sprawie.
Ja osobiście zgromadziłem sporą liczbę obserwacji
podczas których ja sam przeżywałem takie fluktuacje
czasu - czasami nawet w obecności innych osób.
Najważniejsze z tych analizowanych przez siebie
przypadków opisałem w punktach #C6 do #C6.1,
oraz w punkcie #C8.1, ze strony
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Największą liczbę takich naturalnych fluktuacji czasu
odnotowałem w Nowej Zelandii. Osobiście nawet uważam,
że Nowa Zelandia bije wszelkie światowe rekordy pod względem
częstości i powszechności tego niezwyklego zjawiska.
Przykładowo w Nowej Zelandii istnieją obszary, gdzie
takie fluktuacje czasu są niemal chroniczne i pojawiają
się tam nie rzadziej niż co dwa lata. Jednym z takich
obszarów jest miasteczko Oamaru, innym zaś miejscowość
Ealing, leżące na Highway 1, pomiędzy Christchurch i
Dunedin. Przykładowo, niemal za każdym razem kiedy
z daleka przybywam do Oamaru, widzę odmienną
konfigurację wieży pokazanej poniżej na "Rys. #D2".
Często też zmienia się tam konfiguracja skał wiodących
do punktu obserwacyjnego migracji pingwinów. Z kolei
w okolicach Ealings, szosę "Highway 1" przecina linia
wysokiego napięcia. Linia ta niemal za każdym razem
przecina ową szosę w innym miejscu. Raz nawet
odnotowałem ją przed ową miejscowością (tj. po tej
stronie od Ealings, po której leży Christchurch). Typowo
jednak linia ta przecina szosę po stronie Dunedin od
Ealings. Inne miejsca które podlegają okresowym
fluktuacjom czasu, obejmują małe wysepki skalnej
lawy znajdujące się tuż przy Lawyers Head w Dunedin,
oraz wodospad z punktem widokowym, znajdujący
się niedaleko Nelson, przy trasie z Christchurch do
Nelson poprzez Lewis Pass. Jeszcze innym zmieniającym
się tak kształtem jest otwór w kamieniu z "Rys. #D1" powyżej.
Tego typu zmieniających się konfiguracji jest jednak
w Nowej Zelandii zadziwiająco dużo. Tyle że wypunktowanie
położenia i zmian kształtu ich wszystkich na niniejszej
niewielkiej stronie zajęłoby zbyt wiele miejsca.
Oczywiście, Nowa Zelandia wcale NIE jest jedynym
miejscem na Ziemi gdzie takie naturalne fluktuacje
czasu mają miejsce. Przykłady innych powszechnie
znanych takich miejsc obejmują m.in. szkockie
jezioro Loch Ness (gdzie owe fluktuacje czasu
okresowo przenoszą do naszych czasów i potem
zabierają z powrotem do przeszłości słynnego
potwora zwanego "Nessie"), a także jezioro Cini
w Malezji gdzie również okresowo widywany jest
potwór podobny do Nessie.
Jeśli dany obszar podlega takim lokalnym fluktuacjom
czasu, wówczas fluktuacje te pojawiają się tam w dosyć
regularny sposób. Dlatego jeśli czytelnik odnotuje jedno
z takich miejsc, cechujące się tym że po przybyciu do
niego z dalekich stron jego uprzednia konfiguracja uległa
zmianie, wówczas proponuję czytelnikowi aby je zapamiętał
oraz dokładniej oglądnął po następnym tam przybyciu z
daleka.
Naturalne fluktuacje czasu, które w Nowej Zelandii
są zjawiskiem naturalnym i wysoce powtarzalnym,
należy wyraźnie odróżniać od jednorazowych
celowych zmian wprowadzanych do przeszłości
przez dysponentów wehikułów czasu. Przykładowo,
anulowanie wyburzenia domu Pana Davey, które
opisuję na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy,
jest tylko takim jednorazową zmianą przeszłości
wprowadzoną celowo przez istoty opisywane na
stronie
evil_pl.htm - o pochodzeniu zła na Ziemi.
* * *
Rys. #D2: Oto wieża kaplicy przy szkole
średnej z miasteczka Oamaru, Nowa
Zelandia. Wieża ta ma tą cechę, że dla
przyjezdnych osób które przybyły do
Oamaru spoza obszarów objętych powtarzającymi
się w Oamaru fluktuacjami czasu, wieża
ta czasami zmienia swoją konfigurację
w odniesieniu do kaplicy przy której się
ona znajduje. Przykładowo, jednym
razem przylega ona do owej kaplicy -
jak na powyższym zdjęciu, innym zaś
razem stoi zupełnie oddzielnie i w
pewnej odległości od ściany owej kaplicy.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby
oglądnąć je w powiększeniu.)
Wieżę tą łatwo odnotować kiedy wjeżdza się do
miasteczka Oamaru samochodem, jadąc
"Highway 1" od kierunku Christchurch a w kierunku
Dunedin. Powodem jest, że droga wjazdowa do
Oamaru, została z owego kierunku "nacelowana"
właśnie na ową wieżę. Stąd w początkowej części
po wjechaniu do Oamaru droga ta jest prosta jak
strzelił, zaś na jej końcu widać właśnie powyższą
wieżę. Dopiero tuż przed ową wieżą droga ta skręca
w lewo, przebiegając obok kaplicy - tak jak powyższe
zdjęcie to pokazuje. Jeśli ktoś przybywa do Oamaru
ową drogą, wówczas powinien zwrócić uwagę
i dokładnie zapamiętać jaka jest konfiguracja powyższej
wieży w odniesieniu do kaplicy przy której wieża ta stoi.
Kiedy bowiem będzie przejeżdżał obok tej wieży
nastepnym razem, przybywając tu z daleka i to po
upływie co najmniej dwóch lat, wieża ta może wówczas
już stać w zupełnie odmiennej konfiguracji względem
tego kościoła.
Warto tutaj też dodać, że ludzie którzy mieszkają
w Oamaru, lub na tyle blisko tego miasta że też
objęci zostali fluktuacjami czasu które zmieniają
konfigurację powyższej wieży, NIE odnotują żadnych
zmian. Wszakże po każdej takiej fluktuacji przeżywają
oni nowy przebieg czasu razem z ową wieżą. Aby
więc odnotować fakt zmiany konfiguracji tej wieży,
należy do Oamaru przybywać ze znacznej odległości.
Część E:
Ciekawostki Nowej Zelandii wynikające z podwyższonej aktywności UFO w owym kraju:
#E1.
Kręgi zbożowe i lądowiska UFO z Nowej Zelandii:
Nowa Zelandia jest doskonale znanym
krajem gdzie UFO grasuje zupełnie
swobodnie. Wystarczy wszakże przypomnieć
w tym miejscu słynny na całym świecie
film jaki w dniu 31 grudnia 1979 roku
uchwycił jarzący się wehikuł UFO ponad
miejscowoscią Kaikoura. Jedna klatka
z owego filmu została pokazana na rysunku P23 w monografii [1/5].
Pilot samolotu transportowego "Argosy"
z którego ten historyczny film nakręcono,
Capt. Bill Startup, nie szczędził wysiłków
ani funduszy aby udowodnić światu istnienie
UFO i aby potwierdzić naukowo autentyczność
tego filmu. Wkróce jednak po nakręceniu
owego filmu, pilot ten przeszedł masywne
porażenie mózgu (brain stroke). Owo bardzo
tajemnicze porażenie mózgu Capt. Bill'a
Startup opisane zostało w podrozdziale
A4 z tomu 1 monografii
[1/4]
dostępnej nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej.
Niemal natychmiast po nakręceniu
owego filmu niezliczeni
pseudo-naukowcy
z wysoce podejrzaną zawziętością starali
się też zdyskredytować jego autentyczność i ważność.
Do dzisiaj jednak im się to nie udało. Wehikuł
UFO sfilmowany nad Kaikoura w Nowej Zelandii
w obecności całego szeregu świadków, do
dzisiaj stanowi więc jeden z niepodważalnych
dowodów filmowych na faktyczne istnienie
wehikułów UFO. Do dzisiaj też, jeśli ktoś
chce zobaczyć UFO, wówczas ma najwiekszą
szansę sukcesu właśnie w Nowej Zelandii.
Od kiedy mieszkam w Nowej Zelandii,
widuję wehikuł UFO średnio co jakieś 6 lat.
Najważniejsze ze swoich własnych obserwacji
UFO opisałem w podrozdziale VB4.1
z monografii [1/4] dostępnej nieodpłatnie
za pośrednictwem niniejszej strony internetowej.
Oczywiście, kiedy wehikuły UFO nalatują
na Nową Zelandię, lądują one także na ziemi.
Dlatego, jeśli ktoś wie za czym się rozglądać,
może znaleźć takie lądowiska UFO niemal
przy każdym budynku rolniczym z Wyspy
Południowej Nowej Zelandii (na Wyspie Północnej
roślinność jest znacznie bardziej witalna,
lądowiska UFO nie rzucają więc się tam
już tak w oczy). Ilustracje "Rys. #E1" i
"Rys. #E2" pokazują jak owe lądowiska
UFO wyglądają.
* * *
Lądowiska UFO są objaśnione w większej
liczbie szczegółów w podrozdziale O5.1 z
monografii [1/4]. Są tam także zilustrowane
ich liczne przykłady.
Rys. #E1: Tzw. "krąg zbożowy".
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Znaleziony on był
w Ashburton, w lutym (February) 1992 roku. Jego dokładniejszy
opis zawarty jest w podrozdziale VB4.3.1 z tomu 17 monografii
[1/4].
Owe kręgi zbożowe to po prostu lądowiska UFO
wykonane w zbożu. Formowane są one przez
wirujące pole magnetyczne używane przez UFO
do celów napędowych. Owo wirujące pole magnetyczne
ugina w dół źdźbła zboża podobnie jak uczyniłaby
to ogromna wirująca miotła. To zaś czyni owe
lądowiska UFO tak zadziwiająco precyzyjne, że
ludzcy żartownisie nie są w stanie zduplikować
ich doskonałości. Po więcej wyjaśnień na temat
napędu wehikułów UFO patrz strona internetowa
propulsion_pl.htm.
Rys. #E2: Okrągłe lądowisko wypalone w twardych
krzewach górskich przez ogromne UFO typu K8 - patrz ów okrąg
widoczny w centrum zdjęcia na około 2/3 jego wysokości.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Średnica
pierścienia wypalonego w tych krzakach wynosiła 98 metrów -
co można docenić po rzuceniu okiem na wielkość samochodów
na szosie poniżej niego. Sfotografowałem je w Wanaka, Nowa
Zelandia, na zboczu góry lokalnie nazywanej "Coromandel Peak".
Pole magnetyczne jakie wypaliło owo okrągłe lądowisko było tak
potężne, że spopieliło ono na szary proszek twarde krzaki górskie
jakie porastają zbocze owej góry. Aby było jeszcze ciekawiej, ów
szary proszek jest palny i może zostać zapalony zwykłą zapałką.
Żartownisie nigdy nie byliby w stanie wykonać tego lądowiska dla
żartu, tak jak to twierdzi nowozelandzka telewizja. Dzisiejsi ludzie
po prostu nie znają sposobu aby zamienić twarde krzaki górskie
na palny szary proszek. Ponadto zbocze na jakim owo ogromne
lądowisko zostało wykonane, jest praktycznie niedostępne dla
żartownisiów. Zauważ że podobne pierścieniowate lądowiska UFO,
tyle że wypalane np. w trawie, daje się zobaczyć w sporej części
obszaru Nowej Zelandii. Więcej danych na ten temat zawartych
jest w podrozdziale O5.1 z monografii [1/4].
#E2.
Obserwacje wehikułów UFO:
Nowa Zelandia jest krajem w której ma się
największą szansę zobaczenia wehikułu UFO.
Ponieważ jednak przygotowałem już wiele
stron internetowych na temat obserwacji
UFO (obejmujących też obserwacje UFO
w Nowej Zelandii), zamiast powtarzać tutaj
te informację raczej odsyłam czytelnika do
tamtych innych stron. Jako przykłady owych
stron proponuję oglądnąć:
landslips_pl.htm,
evidence_pl.htm,
aliens_pl.htm,
ufo_pl.htm,
tapanui_pl.htm,
oraz kilka onnych stron wyszczególnionych w menu.
#E3.
Latające kule światła:
Kule te są ogromnie niezwykłym zjawiskiem.
Widoczne są one gołym okiem. Zwykle mają
wielkość piłki ping-pongowej, oraz wyglądają
jak okrągłe lampy fluorescencyjne które jarzą
się upiornym białym światłem jakby księżyca.
Pojawiają się jednak też raporty o kulach nieco
większych rozmiarów, jakie mają wielkość
typowej piłki. Kule te są w stanie przelatywać
przez szyby i obiekty stałe, bez uczynienia
szkody tym obiektom lub sobie. Raportowane
mi było, że bez powodowania jakichkolwiek
uszkodzeń wlatywały one do środka zamknietego
samochodu, a także do środka zamkniętego
namiotu. Jak dotychczas spotkałem się z
raportami jakie opisywały obserwacje owych
kul w kraterze Tapanui (tj. w tym opisanym
powyżej, w którym stos 7 wehikułów UFO
eksplodował w 1178 roku), oraz w Coromandel.
W kraterze Tapanui pojawiają się one nocami
relatywnie często. Właściciel tego krateru
widział je wiele razy. Także grupa badaczy
z "Unexplained Phenomena Research Society"
zarejestrowanego w Dunedin, która zdecydowała
się zaobozować w tym kraterze przez noc
aby je zobaczyć, faktycznie została "wypędzona"
z krateru przez owe kule w samym środku nocy,
ponieważ owe upiornie jarzące się obiekty zaczęły
ich terroryzować poprzez wlatywnie do ich namiotu.
* * *
Poniżej przytaczam cytat listu
datowanego 6.1.97 który otrzymałem od jednej z czytelniczek moich
publikacji. Zawiera on najlepszy opis owych jarzących się kul
światła jakie napotkałem w dotychczasowych badaniach. (Oto treść
tego cytatu w moim swobodnym tłumaczeniu z angielskiego:)
"Właśnie teraz sobie uświadomiłam
że niektórzy z moich przyjaciół opowiadali jakieś kilka lat temu, że
wybrali się do krateru Tapanui i obeszli go naokoło wzdłuż jego obrzeża,
(dla jakiego powodu? Nie byłam w stanie wydobyć od nich żadnego
wyjaśnienia o czym jest to wszystko - dopiero teraz zaczynam to
rozumieć!) Ja sądziłam że jest to jakiś zwariowany pomysł związany
z tą 'grypą Tapanui' która szerzy się tam naokoło, oraz zastanawiałam
się dlaczego u licha chcieli oni abym wybrała się tam z nimi! Pamiętam
jak opowiadali mi coś na temat świateł (Ty wspominasz że wykazują one
'inteligencję') zaś ja im powiedziałam że wcale nie muszą wybierać się
aż tak daleko aby znaleźć ten rodzaj zjawiska, chociaż te światła jakie
ja sama widziałam były definitywnie inteligentne, jednak wcale nie tak
małe jak piłki golfowe. Jeśli o mnie chodzi, to uważam że jest wystarczająco
wiele do zobaczenia tutaj na górze bez wybierania się na południe,
a także aby być szczególnie ostrożnym wobec 'Strażnika' przed którym moja
matka ostrzegała mnie kiedy jeszcze byłam nastolatką, plus inni ze
starszyzny aż do ostatnich czasów kiedy byłam wystarczająco do nich
blisko a także następnego dnia ówczesna Rangatira Wahine powtarzała
mi ostrzeżenie abym nigdy nie podążała za wabiącymi ogniami 'Strażnika'
ponieważ nigdy bym już nie wróciła, było to jakieś 5 - 6 lat temu.
Inne światła, złote jarzące się sfery wielkości około piłki do siatkówki
jakie rozsiewają jasne złotawe promieniowanie rozświetlając w środku
cały dom w którym wówczas się zatrzymałam były znacznie bardziej interesujące.
Ja słyszałam o nich wcześniej oraz że to był nasz gospodarz który je
widział, jednak każdy się z nim drażnił i twierdził że wypił on zbyt
wiele 'Waipiro' jako że był on dosyć rozsmakowany w swoim piwie.
Jednak one istnieją, tak jak je opisałam. Nie mogłam spać owej nocy
i odnotowałam jasność bijącą ze stołowego za drzwiami, wyglądnęłam
więc przez firanki aby zobaczyć urzekający widok. Nie byłam w stanie
dobudzić się swojej koleżanki, aby patrzyła wraz ze mną, dlatego sama
wstałam z łóżka i zakradłam się do framugi drzwi w stołowym, ukrywając
się w cieniu przejścia, oraz mając wspaniały widok na owe jarzące się
sfery - i to wszystko jest prawda! Bawiąc się w przeskakiwanie siebie
nawzajem jak żaby, oraz skacząc w dół wzgórza, poprzez bagno, aż do
wody zatoki i jakieś 10 stóp od ściany domu, wszystkie przez jakiś
czas podążały wzdłuż linii płotów, skacząc wzdłuż wierzchołka płotu
z jednej sztachety na drugą potem na słupek, potem ponownie w najbardziej
dzecinną zabawę jaką kiedykolwiek mógłbyś zobaczyć! Kontynuowały tak aż
minęły nasz budynek i trochę dalej, potem zaś wróciły ponownie, czasami
skacząc jedna na grzbiet drugiej. Pechowo tak byłam zaintrygowana że
stopniowo wychyliłam się zbyt mocno ze stołowego i mnie w końcu zobaczyły
- natychmiast (a było ich co najmniej dwa tuziny) wszystkie ich światła
wygasły równocześnie, nawet tych jakie były dosyć daleko, było to urzekające
- jakbym to ja właśnie wyłączyła przycisk światła! Nagłość tego wygaszenia
była dosyć szokująca, niemal teatralna! Gdybyśmy znajdowali się w zabudowanej
przestrzeni wówczas bym posądzała że ktoś, w jakiś sposób wyprawia na nas
sztuczkę, jednak nie znajdowaliśmy się w widoku żadnego innego zabudowania
za wyjątkiem tych po drugiej stronie zatoki, jako że Haurakei Gulf
rozciągał się przed frontem naszego budynku, z prawej strony było strome,
porosłe rodzimą puszczą wzgórze, jakieś sto metrów z tyłu znajdowały
się bezludne wzgórza 200 - 300 stóp wysokie pokryte dziewiczą puszczą
jaka zaczynała się natychmiast za drogą która wspinała się wzwyż do
przełęczy, podczas gdy pozostała strona zajmowana była przez wybrzeże
zatoki morskiej. Dla mnie owo miejsce było najbardziej dezorientującym
w jakim przebywałam w całym swoim życiu, słońce nie wznosiło się
tam gdzie by się go spodziewało, zaś zachodziło w miejscu jakiego
nie dało się zrozumieć? Zmuszona byłam odwoływać się do mapy drogowej
aby zrozumieć dokładnie gdzie się znajduję, a przecież wcale nie
jestem nienawykła do lasu, jednak tutaj?! Aby jednak kontynuować
opowiadanie o owych światłach, to ciągle patrząc przez boczne okno
na drugą stronę bagna i w kierunku wzgórza po prawej stronie,
zostałam zaszokowana zobaczeniem zimnego, białego, nie jarzącego
się swiatła jakby lampy 'Strażnika' który się pojawił, jakie świeciło
przez około 2 - 3 sekundy, potem się wyłączało, zaś po krótkiej chwili
pojawiało się ponownie, wabiąc mnie abym podążyła za nim i go znalazła.
Wyglądało ono tak blisko, że nawet sprawdziłam teren i zaplanowałam swoją
drogę aż do jakiejś jednej trzeciej wysokości wzgórza, jednak wiedząc
doskonale że gdybym podeszła do niego bliżej wówczas by się odsunął
dalej aż, jak wszystkie przypadki o jakich słyszałam nam to potwierdzają,
osoba która go ściga całkowicie się zgubi. Istnieją legendy o tych co go
ścigali, itp."
Odnotuj że powyższy cytat
potwierdza iż owe kule światła wykazują inteligencję a nawet lubią się "zabawiać".
Potwierdza on także że są one doskonale znane przez lokalny folklor
nowozelandzki.
#E3.1.
Podobne kule światła widziane są też w innych krajach:
Obserwacje owych dziwnych latających kul
światła nie są ograniczone wyłącznie do Nowej
Zelandii. Podobna pojedyńcza kula zimnego
światła jest widywana na stokach Babiej Góry
w Polsce. Istnieje tam nawet lokalna legenda
stwierdzająca, że owa kula światła pilnuje skarbu
zbójeckiego ukrytego na zboczach owej góry.
Z tego powodu owa polska kula światła nazywana
jest "Strażnik". Polskie legendy stwierdzają
na jego temat, że osoba która stara się odnaleźć
ów skarb zbójecki, będzie przez tego strażnika
zwodzona przez tak długo, aż zagubi się na
śmierć. Więcej na temat owej polskiej kuli
światła zwanej "Strażnik" zawarte jest w traktacie
[4b].
Co mnie w tym wszystkim najbardziej intryguje,
to że folklor maoryski z Nowej Zelandii nie tylko
nazywa ową kulę światła tą samą nazwą "Strażnika"
co folklor z Polski, ale również opisuje w taki sam
sposób jej zwyczaj powodowania śmiertelnego
zagubiania się ludzi.
Podobne jarzące się kule są widywane jak wzlatują
one z wód rzeki Mekong, na granicy Tailandii i Laosu.
Lokalnie są one tam znane pod nazwą Naga Fireballs.
Najwięcej ich daje się zobaczyć koło świątyni buddyjskiej
w Phon Phisai, około 40 kilometrów od północnego
miasta tailandzkiego "Nong Khai". Owe kule światła
zdają się tam pojawiać ogromnie regularnie w październiku każdego
roku nocą przy pełni księżyca. Ich krótki opis zawarty jest w
artykule gazetowym o tytule "Goodness gracious, great balls of fire"
opublikowanym na stronie C10 z wydania datowanego 7 December 2003
nowozelandzkiej gazety
Sunday Star - Times.
#E3.2.
Czym właściwie są owe tajemnicze latające kule światła:
Istnieje wiele spekulacji na temat czym właściwie
są owe upiornie jarzące się kule. Dominująca
opinia jest, że posiadają one charakter
duchowy i reprezentują duchy tych co umarli w wyniku eksplozji Tapanui
(opisywanej powyżej). Jednak ja osobiście jestem raczej przekonany,
że owe jarzące się kule to sterowane komputerowo miniaturowe
UFO-sondy, jakie latają bardzo wolno w
stanie telekinetycznego migotania.
W zależności od strony z której zostały zaobserwowane lub sfotografowane,
dzisiejsza UFOlogia nazywa owe UFO-sondy z użyciem albo niefortunnej
nazwy rods - co oznacza "pałeczki" albo też nieco właściwszej
nazwy orbs. Nazwa "rods" została im przyporządkowana ponieważ
kiedy są one fotografowane z boku podczas szybkiego lotu, wówczas
na zdjęciach wyglądają jak wydłużone, upiornie jarzące się pałeczki.
Z kolei nazwa "orbs" została im przyporządkowana kiedy podczas
lotu zostają sfotografowane od strony swej osi głównej, co nadaje
im okrągły kształt. Więcej informacji na temat owych "rods" (tj.
bezzałogowych, miniaturowych sond UFO) można znaleźć na
stronie internetowej
telekinesis_pl.htm
a także w podrozdziale U3.1.2 monografii [1/4]. Z kolei na
"Fot. 5" i "Fot. 6" ze strony
landslips_pl.htm
pokazane zostały ich zdjęcia uchwycone z pozycji dającej kształt "orbs"
(kliknij tutaj aby oglądnąć jedno z tych zdjęć).
Natomiast na "Fot. 5" ze strony
aliens_pl.htm,
oraz "Fot. U18" ze strony
explain_pl.htm
pokazane zostały ich zdjęcia uchwycone z pozycji dającej kształt "rods"
ujawniony albo w pojedynczym błysku, albo też w całym łancuchu kolejnych
błysków tzw. "stanu telekinetycznego migotania"
(kliknij tutaj aby spróbować oglądnąć jedno z tych zdjęć).
#E4.
Kule ceramiczne które spadają z nieba:
Wszystko zaczęło się w Nowej Zelandii.
Najpierw tam zaczęły spadać z nieba
na ziemię dziwne ceramiczne kule.
Okoliczności w jakich je tam znajdowano
oraz sposób na jaki opadły one na powierzchnię
łąk i ogrodów ujawniały że definitywnie
musiały one pospadać z nieba. Potem
zaczęły one spadać z nieba także w innych
krajach. Poniżej opisuję wszystkie znane
mi przypadki znajdowania owych dziwnych
kul. Pokazuję także ich zdjęcia.
#E4.1.
Ceramiczne kule spadłe z nieba na Nową Zelandię:
Kule ceramiczne pokazane poniżej należą do grupy
około ich tuzina, jakie znalezione zostały około
1983 roku na jednym z pastwisk farmy z okolic
Invercargill. Ja otrzymałem je bezpośrednio
od owego farmera. W międzyczasie jednak
zagnięły mi jego dane i adres. W zbliżonym czasie
byłem też kontaktowany przez kogoś z wybrzeża
zachodniego Nowej Zelandii (tzw. "West Coast"),
kto znalazł kilka takich kul na swoim własnym
ogrodzie.
Jedną z poniższych kul wysłałem do Polski dla
dokonania badań laboratoryjnych. Niestety, badania
te okazały się sprowadzać głównie do jej oglądnięcia,
tak że nadal pozostają nam nieznane zarówno
jej cechy, jak i jej możliwe pochodzenie i przeznaczenie.
Jeszcze inne gniazdo zawierające jedną różową
oraz ponad 100 białych takich kamiennych kul
znalazł w 1978 roku 12-letni wówczas Michael
McManaway z Blenheim w Nowej Zelandii.
(Adres znalazcy brzmiał w owym czasie:
39 Redwood Street, Blenheim, New Zealand.)
Znalezisko to niemal pokrywało się w czasie
ze słynnym sfilmowaniem wehikułu
UFO ponad Kaikoura w Nowej Zelandii - patrz
opis tego sfilmowania w punkcie #E1 powyżej.
(Miasteczka Kaikoura i Blenheim sąsiadują
ze sobą.) Jego znalezisko najpierw opisała
miejscowa gazeta "The Marlborough Express",
wydanie z 13 December 1978 roku w artykule
zatytułowanym "Boy uncovers mystery on
Wither Hills". Artykuł ten informował, że
pojedyncza kula waży około 150 gram
(około 3 razy więcej niż piłka golfowa),
oraz jest wykonana jakby z "marmuru".
Potem obszerniejszy artykuł o tytule "Mystery Balls"
opublikował na temat owych kul nowozelandzki
newsletter-miesięcznik o nazwie "UFOs and other
mysteries", wydanie z November 1982 (Issue
No. 10), strony 3 do 5. (Miesięcznik ten wydawał
prywatnym nakładem niejaki John Thompson,
w owym czasie używający adresu P.O. Box 537,
Blenheim, New Zealand.) Ten obszerniejszy
artykuł informował, że kule są wykonane ze
"sprężonej porcelany". Są one aż tak twarde
iż przecięcie jednej z nich wymagało użycia
piły diamentowej której zajęło około kwadrans
zaś snopy iskier aż buchały z kuli. Kula okazała
się pełna zaś jej jakby odkolorowana siatka
przebiegała ją na wskroś. Artykuł opisuje
również jakiś eksperyment na owych kulach,
który zdawałby się sugerować że kule te albo
generują jakieś silne pole, albo też polaryzują
pole grawitacyjne. Niestety, opis eksperymentu
jest zbyt mglisty aby móc być niezależnie
zweryfikowany. Z opisu tego wynikało że po
zawieszeniu jakoś metalowej rybki wędkarskiej
nad ową kulą, rybka ta jakoby zaczynała wirować.
Rys. #E3: Tajemnicze kule ceramiczne
o wielkości piłek golfowych, jakie powtarzalnie
pojawiają się na powierzchni pastwisk
Nowej Zelandii i innych krajów świata.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Kule te mają kształt niemal okrągłych jajek.
Ujawniają one regularną siatkę pod powierzchnią,
ktora sugeruje że są one wytwarzane w przemysłowy
sposób. Okoliczności w jakich lokalni farmerzy
je znajdują sugerują, że kule te "spadają z nieba".
Jak narazie nie spotkałem się jednak z raportem
kogoś kto faktycznie zaobserwowałby moment ich
upadku z nieba.
#E4.2.
Ceramiczna kula spadła z nieba w Niderlandach:
W 2007 roku zostałem poinformowany, że
kolejną kamienną kulę o podobnej wielkości
i wyglądzie znalazł latem 2005 roku niejaki
Gerard Willems - email: gwillems1@chello.nl.
Jego kamienna kula leżała na pastwisku koło
niewielkiej miejscowości Brielle w Niderlandach.
Współrzędne geograficzne miejsca jej znalezienia,
odczytane z Google Earth, wynosiły: 51° 55' 7.24" N, 4° 10' 43.96" E.
Wygląd kamiennej kuli Pana Willems'a zilustrowany
jest na następującym zdjęciu
(kliknij na niniejszy napis aby zdjęcie to sobie oglądnąć).
#E4.3.
Ceramiczna kula znaleziona w Rumunii:
W lipcu 2008 roku otrzymałem emailem
informację o kolejnej takiej ceramicznej
kuli znalezionej w Rumunii. Osoba która
ja znalazłe to niejaki
Traian Lixandru - email: traianlixandru@gmail.com.
Oto jak on sam opisuje swoje znalezisko -
cytuję z jego emaila:
Znalazłem ją kiedyś w 1996 lub 1997 roku,
w kanale niedaleko od mojego domu we wsi
Domnesti, województwo Arges, 45°12'49" N,
24°50'47" E (według Google'owskiej Earth).
Właśnie czyściłem ten kanał z najróżniejszych
kamieni jakie tam się nagromadziły. Natychmiast
rzuciła mi się ona w oczy. Pomyślałem że jest
to mała piłka, jednak kiedy wziąłem ją w
ręce poczuła się bardzo ciężka i jakby ze skały.
Od owego czasu sądziłem że kamień ten
musi być rodzajem cudu natury, oraz nigdy
nie uwierzę że mógłby on być wykonany
przez ludzi.
(W oryginale angielskojęzycznym:
"I found it back in 1996 or 1997, in a canal near my home at my country - village Domnesti, in Arges county, 45°12'49" N, 24°50'47" E (as in Google Earth).
I was cleaning the canal from many stones that were there. I saw this stone immediately. I thought that was a little ball, but when I took it in my hands
it felt heavy and like a rock. Since then I was thinking that the stone must be a nature miracle, and refuse it to believe that was man made."
Oto jedno ze zdjęć swojej kuli które on mi dosłał
(kliknij na niniejszy napis aby zdjęcie to sobie oglądnąć).
#E5.
Inne dziwne obiekty które "spadły z nieba" w Nowej Zelandii:
Niezwykłe kule ceramiczne opisane w poprzednim
punkcie #E4 tej strony wcale nie są jedynymi
obiektami które ewidentne spadły z nieba w
owym kraju. W niniejszym punkcie wskażę
przykłady dalszych takich obiektów i substancji.
Oto niektóre z nich.
Niezidentyfikowany kawałek maszyny. W artykule
"Bay's unwelcome flying object still unidentified",
ze strony A3 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z soboty (Saturday), April 19, 2008,
opisano i pokazano fotografię metalowego
kawałka jakby wyłamanego siłą z jakiejś maszyny.
Kawałek ten "spadł z nieba" w Hawke's Bay.
Ważył on około 1 kilograma i był długości około
15 cm. Upadł on z nieba z taką siłą, że przebił
dach domu i sufit mieszkania, oraz zniszczył
dywan na ziemi. Jednocześnie jednak jego
pokryta lekką rdzą powierzchnia nie została
nadtopiniona, co świadczy że wcale NIE spadł
on z kosmosu. Eksperci aeronautyki stwierdzili
że z całą pewnością NIE stanowi on części żadnego
z samolotów latających ponad Nową Zelandią.
Nowa Zelandia najwyraźniej jest też tradycyjnym
miejscem ponad którym UFOnauci opróżniają
swoje ubikacje. Badzo dziwna substancja, która
wygląda jak zawartość półpłynnego kału z ubikacji,
która śmierdzi jak zawartość ubikacji, jednak
która po zbadaniu okazuje się substancją jakby
"mineralną" a nie "organiczną", co jakiś czas
opada na dachy nowozelandzkich domów.
Cały szereg przypadków opadania owego
"mineralnego kału" opisany jest w punkcie
#B8 strony internetowej
evidence_pl.htm - o dowodach nieprzerwanej działalności UFOnautów na Ziemi.
Relatywnie często w Nowej Zelandii "spada z
nieba" rodzaj węgla, który w punkcie #B3 strony
evidence_pl.htm - o dowodach nieprzerwanej działalności UFOnautów na Ziemi
opisany jest pod nazwą "węgla warstwowego".
Warto tutaj też dodać, że obiekty opisane w
punktach #G3 i #G4 tej strony również praktycznie
"spadły z nieba" w miejsca swego późniejszego
znalezienia.
#E6.
Nowozelandzkie Yeti - czyli małpopodobni UFOnauci widywani m.in. w Nowej Zelandii:
Gdyby projekt SETI skierował swoją uwagę
na naszą własną planetę - zamiast szukać
kosmitów na na odległych galaktykach,
wówczas jego badacze szybko by
odnotowali że po naszej planecie grasują
najróżniejsze rasy UFOnautów. Tyle tylko,
że owi UFOnauci starannie ukrywają przed
ludźmi swoją obecność na Ziemi - co dosyć
obszernie wyjaśniam na stronach internetowych
evil_pl.htm - o pochodzeniu zła na Ziemi, oraz
memorial_pl.htm - o metodach ukrywania swojej obecności przez UFOnautów.
Z ogromnej różnorodności ras UFOnautów
grasujących po Ziemi, dosyć unikalna jest
rasa owłosionych UFOnautów wyglądających
jak małpy. Rasa owa najlepiej jest znana na
świecie pod nazwą "Yeti". Warto jednak odnotować
że ową nazwą Yeti UFOnauci ci nazywani są
przez lokalną ludność Himalajów. W innych
zaś miejscach na Ziemi ci sami futrzaści
UFOnauci nazywani są innymi nazwami.
Zależnie od kontynentu i kraju przyjmują
oni nazwy: "Yeti", "Snowman", lub "Almas"
(Azja); Migoi (himalajski Bhutan); "Big-Foot"
lub "Oh-mah-ah" (USA), "Sasquatch"
(Canada), Yowie (Australia), oraz "Maroero"
(Maorysi z Nowej Zelandii) - po szczegóły
patrz podrozdział O6 z tomu 12 monografii
[1/4].
Faktycznie istnienie Yeti nie ulega już wątpliwości.
Przykładowo, zgodnie z artykułem "Expert says
Yeti sketch 'proof' " ze strony A15 nowozelandzkiej gazety
"Weekend Herald",
wydanie datowane w sobotę (Saturday),
June 7, 2008, cały skalp Yeti jest trzymany
w jednym z buddyjskich monesterów z himalajskiego
Bhutan'u.
Futrzaści UFOnauci wyglądający jak małpy
relatywnie często widywani są w Nowej Zelandii.
Rysunek odtwarzający dokładny wygląd tych futrzastych
UFOnautów, sporządzony przez aż trzech naocznych
świadków którzy ich widzieli, opublikowany był
w artykule "Aliens Sighted" (tj. "Kosmici widziani")
który ukazał się na stronach 1 i 5 już obecnie
nie istniejącej nowozelandzkiej gazety o nazwie
Sunday News (published by News Media
(Auckland) Ltd., Glenside Crescent, Auckland, New
Zealand, with office at 78 Victoria Street, Wellington),
wydanie z niedzieli (Sunday), May 14, 1989
(kliknij tu aby oglądnąć sobie ten rysunek).
W obserwacji tej trzech futrzastych UFOnautów
widzianych było przez trzech golfiarzy na
międzynarodowym polu golfowym o nazwie
"Wairakei International course". Pole to zlokalizowane
jest na północnej stronie miasta Taupo z
Północnej Wyspy Nowej Zelandii. Obserwatorom
udało się zbliżyć na odległość do około 50 metrów
od tych futrzastych UFOnautów. Stąd ich opis
jest relatywnie dokładny. Opisują oni wygląd
owych UFOnautów jak następuje: około dwumetrowego
wzrostu, szczupli, pokryci bujnym futrem, koloru
jaskrawo zielonego, o małpich rysach twarzy.
Kiedy zostali spłoszeni wydali dziwnie brzmiący
świdrujący dźwięk piszczący i uciekli w krzaki.
Obseracja zilustrowana w owym artykule była
trzecią z kolei obserwacją grupy takich samych
UFOnautów widzianych na owym polu golfowym.
W nowozelandzkich gazetach powtarzalnie i często
pojawiają się artykuły które zawierają opis materiału
dowodowego który dokumentuje faktyczne istnienie
owych Yeti-podobnych stworzeń.
Przykładowo, taki właśnie artykuł o tytule "Hoax,
legend, obsession" ukazał się na stronie B2
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), January 22, 2008.
Artykuł ten m.in. podsumowywał najpowszechniej
znane obserwacje Bigfoot i dowody na jego istnienie.
Inny artykuł o tytule "Expert says yeti sketch proof"
(tj. "Fachowiec stwierdza że rysunek yeti jest dowodem")
ze strony A15 nowozelandzkiej gazety
"Weekend Herald",
wydanie datowane w sobotę (Saturday),
June 7, 2008 opisuje istniejący skalp z Yeti
jaki ktoś oglądał w buddyjskiej świątyni w
Himalajach Bhutan'u.
Najbardziej szokujące jest, że zdjęcie Yeti
maszerującego sobie po powierzchni Marsa
zostało przesłane na Ziemię przez amerykańskiego
robota "Spirit" który ostatnie 4 lata automatycznie
fotografuje powierzchnię Marsa. Postać
tego Yeti na zdjęciu NASA z Marsa wypatrzył
najpierw jakiś amator i natychmiast umieścił
je w Internecie pod nazwą "Marsjański Bigfoot".
Jak ta postać wygląda, czytelnik sam może
to sobie zobaczyć wyszukując owego zdjęcia
w Internecie poprzez słowa kluczowe
Martian Bigfoot.
Oto reprodukcja tamtego marsjańskiego zdjęcia
z maszerującym Yeti - niestety tutaj niezbyt wyraźna
bowiem zreprodukowana ze zwykłej gazety
(kliknij tu aby oglądnąć sobie to zdjęcie).
Potem to samo zdjęcie zaczęły też pokazywać
gazety. Przykładowo w Nowej Zelandii ilustrowało
ono m.in. artykuł "Life on Mars or just a funny-shaped rock"
(tj. "Życie na Marsie czy też śmiesznie ukształtowana
skałka"), ze strony B1 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z czwartku (Thursday), January 24,
2008. Oczywiście NASA twierdzi że zdjęcie to
pokazuje jedynie marsjańską skałę ukształtowaną
w postać maszerującego Yeti.
#E7.
Miniaturowe ludziki o "nadprzyrodzonych" mocach, widywane do dzisiaj w Nowej Zelandii:
Nowa Zelandia posiada znaczną ilość gór
i lasów do których ludzie bardzo rzadko
zaglądają. Ci zaś odważni którzy tam się
zapędzą, często raportują potem spotkania
z niezwykłymi istotami ludzko-podobnymi.
Istoty te są różnych wielkości i wyglądu, w
swej rozmaitości doskonale odpowiadając
raportowanym przez badaczy UFO rasom
i wielkościom najróżniejszych UFOnautów.
Tyle że kiedy ich wehikuły UFO nie są
równocześnie widziane przez ludzkich
obserwatorów, istoty te raczej są opisywane
jako nadprzyrodzone stwory, niż jako UFOnauci.
Niezależnie od dużych futrzastych stworów
podobnych do Yeti a opisanych w poprzednim
punkcie, w Nowej Zelandii często widywane
są też maleńkie ludziki. Co ciekawsze, ich
obserwacje dokonywane są nie tylko w
bezludnych lasach, ale również w mieszkaniach
i domach z gęsto zamieszkałych obszarów.
Wielkość tych ludzików może czasami być
aż tak mała, że ich wzrost przyrównywany
jest do wysokości litrowej butelki po Coca
Coli. Wygląd tych istot odpowiada wyglądowi
innych równie maleńkich choć wysoce
złośliwych UFOnautów widywanych do dzisiaj
w praktycznie wszystkich krajach Ziemi i
znanych po świecie pod różnymi nazwami.
Przykładowo na obszarze Polski istoty te
nazywane są "krasnoludkami" - patrz
ich opis podany w punkcie #11 strony
wszewilki.htm - o niezwykłościach wsi Wszewilki.
W Malezji nazywane są one "toyol" - patrz ich
zdjęcie publikowane jako "Fot. 20" na stronie
day26_pl.htm - o morderczym tsunami z dnia 26 grudnia 2004 roku
(kliknij na niniejszy zielony napis aby zobaczyć to zdjęcie).
Natomiast w Nowej Zelandii po mangielsku
nazywane są one "children of the mist"
(tj. "dzieci z mgły"), "hobbits", lub "fairy",
zaś po maorysku "turehu" i "patupaiarehe".
Owe niezwykłe miniaturowe ludziki z Nowej
Zelandii są tam widywane do dzisiaj i to relatywnie
często. Ja osobiście znam aż pięć ludzi którzy
je widzieli na własne oczy i potem mi raportowali
swoją obserwację. (Jedną z tych osób jest
moja koleżanka, Anna Christie, innymi są moja
była studentka, Suzanne Poutu, mój przyjaciel
Anthony J. Huddy, oraz ta sama osoba
która opisała mi swoją obserwację ognistych
kul z punktu #E3 powyżej, jeszcze inną jest
znajoma której ojciec - wykładowca z Otago,
był przez owe złośliwe ludziki trapiony całymi
miesiącami aż do załamania nerwowego.)
Cztery z tych raportowanych mi obserwacji dokonane
zostały w domach, a jedna nawet w sypialni.
Tylko jedna obserwacja miała miejsce na polu.
Raporty z obserwacji owych niezwykłych ludzików
co jakiś czas pokazują się też w prasie nowozelandzkiej.
Jeden z artykułów z takim raportem, którego dane
bibliograficzne sobie odnotowałem, nosił tytuł
"Hobbits and the lord of the forest", a opublikowany
był na stronie A14 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), March 11, 2008.
Opisuje on obserwację takiej małej istotki na
obszarze prastarej rodzimej puszczy zwanej
Waipoua kauri forest.
#E8.
Chupacabra ("czarna pantera") z Ashburton - tj. makabryczna maskotka UFOnautów:
UFOnauci
dali się nam już dobrze poznać z jednego
wstrętnego sekretu, mianowicie że bez
przerwy ukrywają przed ludźmi swoją
nieustanną obecność na Ziemi. Niestety,
mają oni również wiele dalszych "mrocznych
sekretów" do ukrycia. Jednym z takich
"mrocznych sekretów" jest ich "maskotka",
albo zwierzątko, jakie lubią trzymać na
swoich wehikułach UFO. Owa maskotka jest
ogromnie dziwnym produktem inżynierii
genetycznej. Faktycznie jest to bowiem
"poskładane zwierzę". Stanowi ono
genetyczne skrzyżowanie lwa z orłem.
Może ono mieć wiele maści i kolorów,
podobnie jak nasze psy domowe. Jednak
najczęściej widywane jest jako całkowicie
czarne. Wygląda wówczas trochę jak
czarna pantera lub jak muskularny
czarny pies (z rasy zwanej "rottweiler").
Jednak kiedy poczuje się zagrożone,
wówczas rozpościera ogromne czarne
skrzydła i ulatuje w powietrzu. Straszną
częścią owego zwierzęcia jest to, że żywi
się ono krwią. Z tego powodu UFOnauci
często wypuszczają je na ziemię w najróżniejszych
bezludnych miejscach, tak aby sobie mogło
zapolować na ziemskie zwierzęta i aby
nasyciło się ich krwią. W obecnych czasach
badacze UFO nazywają tego potwora słowem
chupacabra co dosłownie oznacza
"wysysacz kóz ("goat sucker") - jako że
lubuje się ono w wysysaniu krwi z kóz i z
owiec. Jednak w dawnych czasach to samo
potworne zwierzę znane było pod odmienną
nazwą gryfa. Kiedy taka chupacabra
(gryf) zabije jakieś stworzonko, ludzie zwykle
nie wiedzą że padło ono ofiarą owego
potwora. Powodem jest, że gryf wcale nie
rozrywa na strzępy ani nie uszkadza
w żaden sposób swojej ofiary. Jedyne co
w niej czyni, to dwie niewielkie dziurki,
jakie zwykle stają się niewidoczne, bowiem
ukryte są w sierści ofiary. Potem zaś
wysysa ze swojej ofiary całą krew przez
owe dwa niewielkie otwory. W rezultacie,
kiedy potem ludzie znajdują zwłoki ofiar
tego potwora, zwykle sądzą że ofiary te
zmarly w "naturalny" sposób. Nie oglądają
więc ani badają ich wystarczająco wnikliwie
aby odkryć owe dwa małe otworki oraz
zupełny brak krwi.
* * *
Na przekór że UFOnauci starają się ukrywać
te potwory przed ludźmi, w różnych częściach
świata są one widywane od czasu do czasu.
W takich przypadkach zwykle są one mylone
albo z "czarnymi panterami", albo też z dużymi
czarnymi psami. Oczywiście, kiedy później
ludzie szukają aby